Potęga światła i dużych dawek witaminy D3
0

„Przez większość historii ludzkości negatywne skutki niedoboru zimą promie­niowania ultrafioletowego (uv) u ludzi często przypisywano „bogom” lub „złym duchom”. W roku 1650 zaczęliśmy jednak dochodzić, co tak naprawdę się za tym kryje. Był to początek dochodzenia do wiedzy o świetle ultrafioletowym (uv) i witaminie D3.

Rosnące tempo urbanizacji w siedemnastowiecznej Anglii sprawiło, że spalanie ogromnych ilości węgla zaczęło blokować dopływ promieni słonecznych, co wywo­łało powszechny niedobór witaminy D u matek i ich noworodków, które trzymano głównie w zamkniętych pomieszczeniach. To doprowadziło do odkrycia przez bry­tyjskiego lekarza nowej choroby zwanej krzywicą, której następstwem były liczne deformacje układu kostnego u dzieci w wieku od sześciu miesięcy do dwóch lat. Jednak kiedy mające ponad dwa lata dzieci zaczynały się bawić na zewnątrz, ta choroba zwykle ustępowała.1 Mniej więcej w tym samym czasie inny lekarz opisał problemy z porodami niemowląt przez zdeformowane krzywicą miednice kobiet. Kilka lat później, w roku 1824, niemiecki lekarz odkrył, że używany leczniczo od dłuższego czasu tran może być stosowany w leczeniu krzywicy.2 Niespełna wiek później, w roku 1906, angielski biochemik odkrył składniki dietetyczne w postaci witamin, które okazały się niezbędne w zapobieganiu chorobom.

Mniej więcej w tym samym czasie prowadzono badania w trochę innym kierun­ku, które zostały zainspirowane odkryciem tajemniczych promieni emitowanych przez opatentowany w roku 1901 wynalazek w postaci lampy wypełnionej parami rtęci.3 Ten nowy rodzaj światła dawał brzydką zielonkawą poświatę i zarazem silne promieniowanie ultrafioletowe. Na początku xx wieku angielscy naukowcy, a po nich amerykańscy, odkryli, że te tajemnicze promienie kierowane na szczury z krzywicą leczyły je z tej choroby. Ku swojemu zdziwieniu londyńscy naukowcy odkryli, że naświetlanie pustych szklanych słojów, z których zabierano na czas na­świetlania szczury, także leczyło je z krzywicy!4 To wzbudziło ogromne zaintereso­wanie tymi leczniczymi promieniami wysyłanymi przez lampy rtęciowe i wywołało gwałtowny rozwój nowej branży wytwarzającej cudowne lampy.

Jeśli spojrzy się na przyrządy rzekomych „znachorów”, których ludzie używali do leczenia w latach dwudziestych xx wieku, zobaczy się wśród nich wiele urządzeń emitujących promienie uv. Zabawne jest to, że teraz, kiedy już to wiemy, okazuje się, że to wcale nie były urządzenia szarlatanów, ale przyrządy, które mogą mieć korzystny wpływ, podobny do przyjmowania witaminy D3 lub oleju z wątroby dor­sza (tranu). Te archaiczne urządzenia emitujące cudowne promienie wciąż są wy­stawiane na sprzedaż w serwisie eBay jako ciekawostki medycznych szarlatanów.

Wyobraź sobie, że jesteś jednym z naukowców odkrywających te tajemnicze promienie uv leczące szczury z krzywicy nie tylko po naświetlaniu ich tymi pro­mieniami, ale również wtedy, gdy napromieniowywane są jedynie ich puste sło­je. To musi jawić się niczym magia! Ostateczne doprowadziło to naukowców do wniosku, że te promienie nadawały w jakiś sposób powietrzu w słojach lecznicze własności. Aby zweryfikować to spostrzeżenie, usunięto powietrze ze słojów, za­nim na powrót włożono do nich szczury. No i szczury ponownie dostały krzywi­cy!5 Przez kilka lat sądzono, że promieniowanie uv nadaje powietrzu leczniczy charakter, co doprowadziło naukowców do poglądu, że ta choroba bierze się ze „złego powietrza”. Dlatego chorym na gruźlicę przepisywano terapię polegającą na siedzeniu w dużych drewnianych konstrukcjach zlokalizowanych na wietrz­nych zachodnich amerykańskich równinach z różnymi otworami umożliwiającymi obieg dobrego powietrza wokół nich. Co ciekawe, obecnie uważa się, że główną przyczyną gruźlicy jest niski poziom witaminy D3.

Dopiero po jakimś czasie okazało się, że asystent, który odpompował powie­trze ze słojów szczurów, usunął z nich również stanowiące ściółkę trociny, by nie sypały mu się na twarz. W późniejszym eksperymencie, w którym zachowano ściółkę podczas odsysania powietrza, ustalono, że napro­mieniowanie pustych szczurzych słojów światłem uv wraz z zawartymi w nich z trocinami w charakterze ściółki i in­nymi pozostałościami (szczurzy kał i tłuszcz) doprowadziło do uleczenia szczurów z krzywicy!6 To odkrycie zupełnie zaskoczyło naukowców.

W końcu udało się im ustalić, co się za tym kryło, gdy ustawili szczurze słoje jeden na drugim. Okazało się, że napromieniowane puste słoje zapobiegały krzywicy tylko u tych szczurów, które zamieszkiwały dolne słoje.7 To ozna­czało, że tajemniczy leczniczy czynnik podlegał działaniu grawitacji. Ta część historii odkrycia witaminy D3, którą uważam wręcz za fascynującą, jest zwykle ignorowana.

W roku 1922 naukowcy pracujący z psami trzymanymi w zamkniętym pomieszczeniu dysponowali już większością tych informacji i w końcu odkryli, że składnik substancji zawartej w tranie może zapobiec krzywicy u psów hodowa­nych w zamkniętych pomieszczeniach. Nazwali go „witami­ną D”, ponieważ do tego czasu odkryto już i nazwano wita­miny A, B i C. Jednak prawdziwymi odkrywcami witaminy D2 byli stosunkowo nieznani naukowcy, którzy prowadzili eksperymenty ze szczurzymi słojami.

Naukowcy prowadzący eksperymenty z psami odkryli, że olej z wątroby dorsza (tran) za­wiera zwierzęcą formę witaminy D – witaminę D3 – nieco inną od jej formy roślinnej – D2. Podczas gdy doświadczenia z psami dopro­wadziły do wyizolowania witaminy D3, komercyjna witamina D z lat 1920. pochodzi z masowej produk­cji formy roślinnej D2, którą pozy­skiwano przez naświetlanie roślin światłem ultrafioletowym.

Napromieniowywanie światłem uv i stworzenie

witaminy D

W roku 1923 amerykański biochemik Harry Steenbock z Uniwersytetu Wisconsin wykazał, że naświetlanie pro­mieniami uv zwiększa zawartość witaminy D w żywności i innych organicznych substancjach. To właśnie on odkrył, że karmienie gryzoni żywnością napromieniowaną światłem uv leczy je z krzywicy.8

Chociaż większość ówczesnych naukowców nie wystę­powała o patenty na produkty powstałe w rezultacie badań uniwersyteckich, Steenbock złamał ten obyczaj i opatento­wał swoją technikę napromieniowywania w celu zwiększe­nia zawartości witaminy D2 w produktach spożywczych, przede wszystkim w mleku. Potem scedował swój patent na Wisconsin Alumni Research Foundation i przez wiele lat setki milionów płynęły do fundacji, zmieniając warf w po­tęgę badawczą, wśród której wynalazków znajduje się nadal popularny, nazwany na cześć fundacji, rozcieńczacz krwi Warfaryna. W końcu w roku 1943 jego patent został unie­ważniony przez federalny sąd apelacyjny, który stwierdził, że proces Steenbocka to jedynie pomysł a nie wynalazek i nie zasługuje na opatentowanie bardziej niż pomysł wykorzysta­nia Słońca do zwiększania poziomu witaminy D w trawie.

Okazuje się, że naświetlanie wielu substancji organicz­nych promieniami ultrafioletowymi powoduje wytworze­nie witaminy D z wszechobecnego organicznego podłoża. Witamina D powstaje, gdy promieniami uv naświetla się mleko lub na przykład grzyby. Pierwszą postać biologicznie czynnej (u ludzi) witaminy D – postać roślinną, czyli wita­minę D2 – wyekstrahowano z napromieniowanych grzybów i nadano jej nazwę ergokalcyferol („ergo” od słowa „ergot”, które oznacza „grzyby” lub „grzyb”). Witamina D2 charakte­ryzuje się jednak aktywnością wynoszącą od 1/16 do 1/4 ak­tywności jej zwierzęcej postaci – D3 – czyli cholekalcyfero­lu, który wyizolowano wiele lat po D2.

Silne hormony

Aktywne formy witaminy D (witaminy D3 i D2) w rzeczy­wistości nie są witaminami. Są bardzo silnymi hormonami. Witamina D została błędnie zaliczona do witamin, gdy w la­tach 1920. ustalono omyłkowo, że pochodzi ona tylko z die­ty. Jednak witamina D3 może być produkowana u zwierząt przez światło uv padające na ich skórę lub futro. Światło uv katalizuje u nich przemianę postaci cholesterolu (7-dehyd­rocholesterolu) w witaminę D3. U ludzi zachodzi to na lub w skórze. Ponieważ u zwierząt występuje ona w ich futrze, łykają one witaminę D3 w trakcie wylizywania się.

Witamina D3 jest hormonem, który dostarcza informa­cji dna w każdej komórce ciała nakazującej mu coś zrobić lub nie robić. Szacuje się, że kontroluje ona co najmniej 1000 różnych genów, włączając je lub wyłączając. Czyni to, dołączając do bardzo małych re­ceptorów – receptorów witaminy D (vdr) – które są dołączone do genów w naszym dna. Niecierpliwi naukowcy lubujący się w wymyśla­niu nazw pośpiesznie sklasyfikowali ten hormon jako witaminę D3, kie­dy wykryto go w diecie. To błędne nazewnictwo utrzymuje się do dziś i zniekształca znaczenie tego ważnego dla życia hormonu.

W witaminie D nie ma w rzeczy samej niczego dobrego ani złego. Oprócz wspomagania przyswajania wapnia dostar­cza ona informacje do dna. Tak jak w przypadku większości hormonów, jest to przede wszystkim molekularna postać informacji. Jeśli jej nie otrzymamy, to na pewno umrzemy.

Co to za niezbędne i ważne informacje, które witaminy D2 i D3 przekazują dna? Pewna hipoteza głosi, że ta wita­mina mówi naszemu dna, że Słońce świeci! Na razie to tyle, jeśli chodzi o podstawy teorii przyczyn i leczenia większości ludzkich chorób. Wrócę do tego i omówię bardziej szczegó­łowo w dalszej części tego artykułu.

Mit o toksyczności witaminy D

Wróćmy jednak do dziwnej historii witaminy D, w szcze­gólności do dążenia Wielkiej Farmy (kompleks/przemysł farmaceutyczny) i fda (Food and Drug Administration – Urząd ds. Żywności i Leków) do zakazania jej. Po odkry­ciu sposobu łatwego i taniego wytwarzania dużych ilości wi­taminy D2 przez naświetlanie materii organicznej światłem uv mieszkańcy usa zaczęli pod koniec lat 1920. przyjmować ją masowo. Witaminą D wzmacniano dziesiątki pokarmów, w tym hot dogi i piwo, poprzez ich napromieniowywanie. Artykuły w gazetach rozpisywały się o cudzie w postaci słońca w pigułce, reklamując jej liczne korzyści dla zdro­wia. Według relacji jednego z naukowców przeciętny czło­wiek w późnych latach 1920. i wczesnych 1930. spożywał 20 miligramów (mg) witaminy D2 dziennie i wkrótce szpitale zaczęły pustoszeć. Coraz mniej ludzi chorowało. Szpitale, lekarze i firmy farmaceutyczne były o krok od bankructwa.

Mniej więcej w tym czasie różni badacze prowadzili ba­dania na psach ze znacznie większymi dawkami niż ludz­ki odpowiednik 20 mg dziennie. Wyniki niektórych z nich sugerują, że przy dawkach większych niż 20 mg na dzień obserwowano wystąpienie toksyczności. Jak się jednak później okazało, ta toksyczność była powodowana głównie przez zanieczyszczenia powstałe w procesie wytwarzania witaminy. Udoskonalone później metody produkcji dawały praktycznie nietoksyczną witaminę D2. (Jak w przypadku spożycia przesadnej ilości prawie każdej substancji przyj­mowanie dużo większych dawek niż 20 mg może być nie­bezpieczne, w związku z czym eksperymentując z nimi na­leży zachować ostrożność).

Tak więc, jedna z wersji wydarzeń mówi, że niektórzy ludzie związani z przemysłem farmaceutyczno-medycznym uczepili się koncepcji mówiącej o toksyczności witaminy D, aby wymusić zakaz jej stosowania. Ich pierwszym krokiem była zmiana jednostki pomiaru witaminy D2 z miligramów na jednostki międzynarodowe (j.m.), których używamy obecnie. I nagle 20 mg stało się jednym milionem j.m., co rzeczywiście brzmi o wiele groźniej. Ponadto, przeprowa­dzono badanie, w którym siedmiu studentów medycyny namówiono do przyjęcia dawki witaminy D mogącej zabić konia, co sprawiło, że bardzo się rozchorowali, po czym odzyskali zdrowie, jednakże eksperyment przerwano.10 I o to chodziło. W re­zultacie władze medyczne wywarły nacisk na producentów i sprze­dawców witaminy D, aby wycofali ją z rynku.

Zgodnie z oczekiwaniami do­szło do powszechnego oburze­nia i w roku 1928 rząd usa zlecił Uniwersytetowi Illinois w Chicago przeprowadzenie kompleksowych badań tok­syczności witaminy D. Badanie trwało dziewięć lat. Wzięły w nim udział setki lekarzy, 773 ludzi i 63 psy. Jego koń­cowym rezultatem jest coś, co jest nazywane „raportem Stecka” (niektórzy nazywają go „raportem Strecka”).11 Autorzy tego raportu twierdzą, że dawki do 20 000 j.m. na kilogram masy ciała dziennie (lub 1 milion j.m. dla typowej kobiety o wadze około 50 kg) były bezpiecznie tolerowane przez organizm psów w czasie o nieokreślonej długości, na­wet przy przyjmowaniu trwającym przez wiele lat. Autorzy raportu przypisują wcześniejsze przypadki toksyczności nieprawidłowej technologii produkcji i stwierdzają, że nowy proces Whittiera eliminuje toksyczność witaminy D. Wśród ludzi, którzy otrzymywali dawki do 200 000 j.m. dziennie przez siedem dni przez okres do pięciu lat, nie było zgonów. Jeden z autorów raportu przyjmował 3 miliony j.m. dziennie przez 15 dni bez objawów jakichkolwiek zakłóceń w organi­zmie. Ostatecznie stwierdzono, że zatrucia witaminą D przy przyjmowaniu znacznie większych jej dawek w krótkich okresach czasu nie powodowało żadnych rozpoznawalnych trwałych uszkodzeń. Ten wniosek przerzucił ciężar dowodu na tych, którzy upierali się przy szkodliwości terapii wyko­rzystującej wysokie dawki witaminy D.

Należy pamiętać, że w tamtym czasie używano witami­ny D2, która ma zaledwie od 1/16 do 1/4 aktywności wi­taminy D3. Tłumacząc to na bezpieczny zakres D3, moż­na powiedzieć, że osoba o wadze 50 kg może bezpiecznie spożywać gdzieś pomiędzy 50 000 do 250 000 j.m. witaminy D3 dziennie. Ja sugerowałbym, by osoba o wadze 50 kg nie przekraczała dawki 50 000 j.m. dziennie do czasu wykona­nia badania krwi. Należy także brać dodatkowo odpowied­nią ilości witaminy K2, która w moim przypadku wynosiła 1000 mikrogramów (μg lub ug) na każde 10 000 j.m. witami­ny D3, kiedy eksperymentowałem na sobie samym.

Kilka kolejnych badań przeprowadzonych w latach 1930. i 1940. wykazało, że duże dawki witaminy D2 były dość sku­teczne w leczeniu artretyzmu.12

American Medical Association (Amerykańskie Stowarzyszenie Medyczne), podobnie jak przemysł farmaceutyczny, zignorowało wyniki tych badań oraz raport Stecka i na­dal utrzymuje, że „witamina D w dawkach ponad 400 j.m. dziennie może być toksyczna”. W rezultacie lekarze i prze­mysł farmaceutyczny od lat 1930. zalecają właśnie taką ilość witaminy D, która według nich wystarczy do uchronienia nas przed krzywicą i zmiękczeniem naszych kości!

Dla większości obserwatorów z zewnątrz takie zacho­wanie firm farmaceutycznych, lekarzy i naukowców, którzy z rozmysłem deklarują jako toksyczne coś, co było bardzo obiecujące w leczeniu chorób, aby utrzymywać ludzi w cho­robie i zarabiać na tym pieniądze, jest wysoce nieetyczne. Jest przecież przysięga opracowana przez ojca medycyny, Hipokratesa, którą podobno każdy świeżo upieczony lekarz wygła­sza (98 procent w USA i tylko 50 procent w GB). Zawiera ona przy­rzeczenie: „Będę stosował zabiegi lecznicze wedle mych możności i zdolności ku pożytkowi chorych, broniąc ich od uszczerbku i krzyw­dy”. Uważam, że świadome nazy­wanie leczniczej substancji „tok­syczną” stanowi złamanie tej przysięgi.

Może to wszystko brzmi niedorzeczne, jakby to był po­tężny spisek zła! Należy pamiętać, że to było w latach 1930. i że w roku 1932 rząd Stanów Zjednoczonych wraz z jego Departamentem Zdrowia, lekarzami, naukowcami i bada­czami, przeprowadził głośne badania Tuskegee Syphilis Study (Studium Kiły w Tuskegee). Objęto nim wywodzą­cych ze wsi czarnych mężczyzn z kiłą, którym powiedziano, że otrzymają bezpłatną opiekę lekarską. Prawdziwym ce­lem tego badania było jednak obserwowanie, co się dzieje z ludźmi z nieleczoną kiłą. Badanie trwało przez 40 lat aż do roku 1972. W tym czasie nikt nie wszczął alarmu, nawet wtedy, gdy po roku 1945 wszyscy ci mężczyźni mogli być wyleczeni za pomocą penicyliny po rozpoczęciu jej maso­wej produkcji. Rząd usa wmawiał uczestnikom badań, że otrzymują lek, podczas gdy w rzeczywistości było to tylko placebo. Podobną moralność nauki, Wielkiej Farmy i rządu usa możemy zaobserwować w odniesieniu do witaminy D.

Tak więc, naukowcy i firmy farmaceutyczne mówili nam w latach 1930., że każda ilość witaminy D ponad 400 j.m. może być toksyczna. W tym samym czasie przemysł far­maceutyczny stworzył trzy nowe leki-cud – Dalsol, Deltalin i Drisdol – do stosowania w leczeniu raka i innych chorób. Każdy z nich był niczym więcej jak pigułkami zawierający­mi 50000 j.m. witaminy D2 i wypełniacz. Kryzys lat 1930. dotknął również firmy farmaceutyczne i, jak one same przy­znały, te „nowe” leki, które naprawdę działały, uratowały je, co nie przeszkadzało im nadal wmawiać ludziom, że każda ilość witaminy D ponad 400 j.m. jest toksyczna.

Dane mówiące, że więcej niż 400 j.m. jest niebezpiecz­ne, jest szczególnie śmieszne w świetle faktu, że całe ciało, opalając się przez zaledwie 30 minut, uzyskuje od 10 000 do 20 000 j.m. witaminy D3 w skórze.

Przechwycenie władzy przez organy służby zdrowia

i Wielkiej Farmy

Po unieważnieniu w roku 1943 patentu na witaminę D fir­my farmaceutyczne pragnęły z powrotem odzyskać nad nią kontrolę. Kampania rozpoczęła się w Nowym Jorku w roku 1944, kiedy prokurator generalny stanu Nowy Jork, Nathaniel Goldstein, orzekł, iż witaminy są lekami i mogą być sprzedawane wyłącznie przez farmaceutów i uprawnio­ne apteki.14 To orzeczenie zostało szybko zakwestionowane przez sąd i unieważnione, lecz Wielka Farma nie zamierzała łatwo złożyć broni.

W roku 1952 fda próbował zakazać wprowadzania nowych składników do żywności i towarów konsumpcyjnych bez jego zezwole­nia. To przechwycenie władzy zo­stało odrzucone przez sądy. W roku 1957 fda zaczął karać sprzedawców „środków na niedożywienie” (wita­min) i zaczął używać terminu „szar­latan”. W roku 1960 fda próbował ograniczyć ilość kwasu foliowego (organiczny związek chemiczny z grupy witamin B) w witaminach do 0,4 miligrama, co okazało się później zbyt małą ilością i kobietom w ciąży zaczęto zale­cać wyższe dawki, aby zapobiegać wadom cewy nerwowej u noworodków. W roku 1966 fda ponownie starał się ograni­czyć dostęp przemysłu spożywczego do witamin, proponując nowe kontrole dotyczące wzmacniania witaminy D.15

W roku 1973 fda zakazał sprzedaży większych dawek wi­taminy A i tabletek witaminy D. Ten zakaz zakwestionował później laureat Nagrody Nobla, chemik, dr Linus Pauling występujący w roli doradcy sądu w sprawie wytoczonej przeciwko fda. W roku 1974 Kongres usa ograniczył upraw­nienia fda i zmusił go do uznania witamin za żywność a nie leki. W roku 1976 Kongres uchwalił ustawę blokującą dąże­nia fda i przemysłu farmaceutycznego do wprowadzenia zakazu sprzedaży witamin w dużych dawkach. W roku 1977 fda odstąpił od planów wprowadzenia sprzedaży witamin w dużych dawkach tylko na receptę lekarza. W roku 1979 fda podjął ponowną próbę wprowadzenia sprzedaży wy­łącznie na receptę witamin klasyfikowanych dotychczas jako leki sprzedawane bez recepty – kolejny pierwszy mały krok ku późniejszym zakazom. W roku 1992 fda wspólnie z teksaskimi inspektorami zdrowia najechał sklepy sprze­dawców witamin i zdrowej żywności w całym stanie, za­rekwirowano ich zapasy, a sprzedawców wsadzono do więzienia, oskarżając ich o głoszenie fałszywych twierdzeń dotyczących zdrowotności witamin. W roku 1993 fda po­nownie planowało wprowadzić reglamentację witamin i wszelkich twierdzeń o ich zdrowotności.16

W roku 1994 Amerykanie mieli dość i zmusili Kongres usa do uchwalenia ustawy o suplementach diety, zdrowiu i kształceniu (US Dietary Supplement Health and Education Act; w skrócie dshea), która stanowi o „wolności w kwestii zdrowia”.

Ustawa dshea definiuje suplementy jako żywność i usta­nawia, że to fda ma udowodnić, iż suplement stanowi ryzyko dla zdrowia, a nie producent, że jest on nieszkodliwy, odwra­cając ciężar dowodu, który obowiązuje w stosunku do leków.

Mimo to urzędnicy nie zrezygnowali. W roku 2011 kilku skorumpowanych polityków pró­bowało kuchennymi drzwiami od­zyskać kontrolę nad witaminami i suplementami na rzecz fda, wpro­wadzając je do ustawy z roku 2011 regulującej oznakowywanie suple­mentów diety (Dietary Supplement Labeling Act). Mieli nadzieję, że ta ustawa obali zasady prawa z roku 1994 ujęte w ustawie dshea, która otworzyła konsumentom szero­ki dostęp do suplementów diety. Chcieli przekształcić to w kosztowny proces zatwierdzania. W efekcie to nowe prawo proponowało przeklasyfikowanie wielu substancji odżywczych znajdujących się obecnie na rynku na nowe składniki diety wymagające homologacji fda. Na szczęście dla mieszkańców usa ta niedawna próba przechwycenia władzy tylnymi drzwiami również zawiodła. Ale nie łudźmy się, skorumpowani politycy państwa opie­kuńczego siedzący w kieszeni Wielkiej Farmy wcześniej lub później ponowią próbę. Bądźmy więc przygotowani.

I tak dochodzimy do Komisji Codexu Alimentarius, która próbowała przechwycić władzę i nadal próbuje. Ta komi­sja jest ramieniem Organizacji ds. Wyżywienia i Rolnictwa (fao) i Światowej Organizacji Zdrowia (who) onz, której celem jest ustanowienie międzynarodowych norm w celu regulacji rosnącego światowego przemysłu spożywczego oraz ochrony zdrowia konsumentów.

Niemcy próbowały manipulować Komitetem Kodeksu ds. Żywienia i Żywności do Dietetycznych Zastosowań (Codex Committee on Nutrition and Foods for Special Dietary Use) w interesie niemieckiego przemysłu farmaceutycznego poprzez podniesienie standardów regulacyjnych, którym sprostać mogłyby jedynie duże firmy farmaceutyczne, takie jak Bayer, Boehringer Ingelheim, Evonik, Fresenius, Merck i Sandoz.

Zaproponowany przez Komitet projekt wytycznych w sprawie suplementów diety wzywa do następujących działań:

• Żaden suplement diety nie może być sprzedawany do profilaktycznych (zapobiegawczych lub terapeutycznych) zastosowań (żegnaj, witamino D!).

• Żaden suplement diety sprzedawany jako żywność nie może przekroczyć dawek ustalonych przez Komisję (żegnaj­cie, wysokie dawki witaminy D!).

• Standardy Kodeksu w odniesieniu do suplementów diety stają się wiążące (rząd wygrywa, my tracimy!),

• Wszystkie nowe suplementy będą automatycznie za­kazane, chyba że spełniają normy Kodeksu (co wymaga przejścia przez bardzo kosztowny proces zatwierdzania, podobnie jak w przypadku leków).

Czy mamy się na to zgodzić? Kim, im się wydaje, że są?

Jeśli Stany Zjednoczone przy­stąpią do Codexu, fda będzie mógł zamknąć sklepy ze zdrową żywno­ścią i zakazać wolnej sprzedaży wi­tamin. Można będzie kupić je tylko na receptę w licencjonowanych aptekach.

Aby zobaczyć, co może przy­nieść przyszłość, jeśli chodzi o sprzedaż witamin i suple­mentów na całym świecie w ramach Codexu, wystarczy udać się do Niemiec i spróbować tam zakupów. Brak wszel­kich konkurencyjnych marek umieszczonych na dostęp­nych półkach. Można jedynie uzyskać drogie, niskie dawki witamin w specjalnych sterylnych sklepach, nazywanych „aptekarniami”, które są obsadzone przez farmaceutów w czystych białych kitlach. Nie można dotykać bardzo dro­gich witamin, które są trzymane bezpiecznie za kontuarem. Farmaceuta przynosi je kupującemu, zadaje wiele pytań i żąda okazania ważnej recepty.

W Niemczech istnieje Rote Liste (Czerwona Lista) obej­mująca pełny wykaz międzynarodowych firm farmaceu­tycznych, które produkują opatentowane analogi bardzo drogich suplementów sprzedawanych bez recepty i jako leki na recepty. Dzięki temu można zobaczyć, które firmy”

 

 

Jeff T. Bowles

Tytuł oryginalny: „The Power of UV Light and High-Dose Vitamin D3”, (Nexus, vol. 20, nr

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany

0

TOP

Pin It on Pinterest

X